W pierwszym wpisie na blogu zapowiadałem stały cykl relacji z krótkich wypadów krajowych. Na pierwszy ogień idzie Lublin. Dlaczego ? Bo o Krakowie czy Gdańsku napisano pewnie już wszystko, co nie znaczy że nie wpadnę tam kiedyś przy okazji próbując pokazać te miasta w sposób alternatywny. Póki co jednak jadę na wschód. Pomysł wyjazdu do Lublina pojawił się przypadkiem. Pomimo tego że od dłuższego czasu chciałem uzupełnić zaległości jeśli chodzi o Polskę wschodnią to jakoś nigdy nie było okazji aby zajechać do Koziego Grodu. Impulsem do podróży stało się uruchomienie trasy Poznań - Lublin przez Polskiego Busa, a konkretnie promocja na start - bilet za złotówę :). Zastanawiam się 20 sekund i ... rezerwuję. Wyruszam z Poznania w piątek o 20.30. Zachodzę na nasz marketodworzec i już na wstępie pierwsza niespodzianka. Zamiast spodziewanego czerwonego Van Hoola na stanowisko podjeżdża srebrna Setra. Okazuje się że Polski Bus podpisał porozumienie z firmą BP Tour i trasę do Lublina obsługuje flota tego właśnie przewoźnika. Jaka to różnica dla podróżnego ? Po pierwsze jest trochę więcej miejsca na nogi, chociaż umówmy się: jeśli ktoś ma 1,80 wzrostu to wystarczająco miejsca na nogi ma tylko we własnym wyrze , ewentualnie w pociągu pod warunkiem że nikt nie siedzi na przeciwko. W autokarach nie licząc wersji lux pod tym względem jest źle, albo bardzo źle. No więc w tym przypadku jest źle. Druga różnica niestety jest in minus. Otóż podróżując Polskim Busem jesteśmy przyzwyczajeni do przejazdów z punktu A do punktu B, ewentualnie z jednym lub dwoma przystankami. Bp Tour funkcjonuje jak zwykły PKS przez co zamiast korzystać z dobrodziejstwa autostrady, tłuczemy się po wertepach aby zahaczyć o Wrześnię , Turek , Uniejów itd.. Trzecia różnica to brak jednolitych standardów. W Polskim Busie wieczorem gasną światła głośniki poza postojami milczą , a większość pasażerów śpi. W BP sen jest prawie niemożliwy bo przez całą trasę świecą się lampy, a podróż umila nam muzyka zgodna z gustem kierowcy. W moim przypadku głównie Zenek Martyniuk i inne gwiazdy radia Vox. No nic... jedziemy.... Zajmuję miejsce za dwójką studentów z KUL - u którzy całą drogę rozprawiają o Bogu - spoko, przynajmniej ci mnie nie okradną jak się jakimś cudem zdrzemnę. Za mną rozsiadają się dwie paniusie ĄĘ oburzone repertuarem z wyjących głośników. Szczególnie nie podszedł jakiś hicior o cyckach. Ja rozkładam się na dwóch fotelach czym daję kolejny pretekst do zrzędzenia brygadzie AĘ, co rzecz jasna mam gdzieś. Do Lublina docieramy za dziesięć piąta co jest porą bandycką. Zastanawiam się czym kierował się mistrz który układał rozkład jazdy. Gdybym przyjechał dwie godziny wcześniej można by jeszcze rozważyć hostel , dwie godziny później byłoby już jasno, a tak jest ciemno leje i jestem w dupie. Wychodzę z autobusu prosto do głębokiej kałuży i myślę co dalej. Szukam toalety która okazuje się być Toi Toiem z niespodzianką na klapie. Często podczas dyskusji o remoncie dworców padają argumenty że dworzec jest wizytówką miasta ponieważ turysta pierwsze wrażenie czerpie właśnie stąd. No więc ten autobusowy w Lublinie jest wizytówką ohydną bez dwóch zdań. Miałem zamiar koczować do rana w poczekalni, ale mam tego miejsca serdecznie dość więc ruszam przez zalane miasto w poszukiwaniu jakiejś miejscówki. Dochodzę do stacji Statoil przy ul. Lwowskiej , zamawiam kawę i starą kanapkę, odpalam neta i czekam na wschód słońca, a przy okazji układam ramowy plan wycieczki. Jasno robi się po 7 rano , większość miejsc jest jeszcze zamknięta więc szukam atrakcji na otwartym powietrzu pomimo wrednej pogody. Decyduję się zacząć od starego cmentarza żydowskiego. Droga nie jest długa, kierując się znakami i nawigacją dość szybko trafiam pod bramę i..... jedynie bramę mogę sobie obejrzeć bo na wejściu wita mnie wesoło dyndająca kłódeczka.
Dobra... rozumiem że w naszym kraju nie brakuje ludzi którzy miłośnikami żydów nie są , zdarzają się dewastacje itd.. Ale mówimy o miejscu które jest umieszczone w przewodnikach turystycznych, ma rangę zabytku i prowadzą tu oznaczone szlaki, a nie ma pół informacji że nie można na obiekt wejść. Słabe. Dobra... nie zrażam się i kieruję w stronę nowego cmentarza żydowskiego. Zachęcony krótkim spacerem w stronę starego decyduję się iść pieszo, jednak po przejściu kilkuset metrów jestem mokry jak ściera i wybieram autobus. Tutaj miła niespodzianka: bilet na komunikację miejską umożliwiający przejazd całej trasy kosztuje 3,20. W Poznaniu za taką kwotę mogę sobie 10 minut postać w korku i 500m. dalej wysiąść. Wysiadam pod cmentarzem, przechodzę przez bramę i zaczynam rozumieć dlaczego stary jest zamknięty na cztery spusty. Spodziewałem się miejsca pamięci , a teren jest zaniedbany, zaśmiecony, przez środek biegnie dróżka którą suną tabuny bab z siatami z pobliskiego marketu, a na pomniku siedzi okrakiem jakaś miejscowa eminencja i raczy się tanim winkiem.
Malowniczo. Pojawia się jeden z tych momentów, kiedy podczas podróży zadaję sobie pytanie "Na co mi to było ?". Jest sobota rano a ja zamiast wylegiwać się w łóżku z pilotem w ręku stoję po nieprzespanej nocy obłocony i oglądam jakąś zdewastowaną ruinę. Za chwilę z trudem przypominam sobie jednak że przecież to lubię :). Wracam po śladach do centrum. Wysiadam pod zamkiem ,mijam płaskorzeźbę na cześć żołnierzy ze zgrupowania "Zapory" i ulicą Podzamcze wspinam się pod górę. Zamek nie jest duży, ale klimatyczny. W środku są jakieś wystawy, ale mnie muzea pasjonują jak zeszłoroczny śnieg więc odpuszczam. Fajnie że bez kupowania biletu można wejść na dziedziniec i zobaczyć z zewnątrz basztę i kaplicę Trójcy świętej. Tu już trzeba sięgną do kieszeni, ale w przypadku kaplicy warto wydać te 8 złociszy żeby obejrzeć polichromię. Pewnie jakiś artysta plastyk napisałby o niej coś więcej, mi się porostu podoba. Zamek ma dość mroczną historię o czym świadczą tablice pamiątkowe przy drzwiach wejściowych, a samym mieszkańcom bardziej niż ze sztuką ,kojarzy się on z miejscem kaźni służącym różnej maści bydlakom. Najpierw rosyjskim , potem gestapowskim , a na koniec ubeckim. Opuszczam zamek i kieruję się przed siebie w stronę bramy Grodzkiej stanowiącej wrota do starego miasta. Idę dalej mijając plac po Farze skąd można strzelić sobie selfi z panoramą miasta. Oczywiście jeśli się jest idiotą można też zlecieć przy okazji kilkadziesiąt metrów w dół. Ot selekcja naturalna. Lubelska starówka nie jest wymuskana niczym muzealny marmur, ale ta pewna surowość nadaje jej autentyczności. Trudno tutaj znaleźć dwie takie same kamieniczki , fajne są wąskie uliczki odchodzące od rynku które budzą skojarzenia z ich włoskimi odpowiednikami(zaraz się tu zjawi jakiś historyk sztuki i zacznie udowadniać że to nie ten okres i blalala, ale mi się tak kojarzy i tyle:). Zwiedzanie starówki kończę w kościele Dominikanów. Świątynia okazała chociaż wymagająca remontu. Podobne wrażenie zrobił na mnie w Wilnie kościół świętej Anny. Warto przy okazji pobytu zapalić świeczkę i wrzucić złotówę braciszkom na renowację bazyliki. Sfera sacrum na dzisiaj zaliczona , więc z czystym sumieniem mogę się udać na z góry upatrzone pozycje czyli piwko w browarze Grodzkim. Pyszny pszeniczniak zmusił mnie do kolejnego napełnienia pustej szklanki, ale przecież nigdzie się nie spieszę, a na dworze dalej leje. Mógłbym tu siedzieć pewnie do wieczora ale skoro tłukłem się tu 9 godzin to podobno nie wypada przesiedzieć całego dnia przy kuflu. Niechętnie opuszczam gościnny lokal. Wychodzę bramą krakowską i krakowskim przedmieściem kieruję się na plac Litewski. Mój spacer kończy ustawiony w poprzek chodnika blaszany płot. Oczywiście nie sprawdziłem wcześniej że plac jest w remoncie więc funduję sobie dodatkową przechadzkę okrężna drogą przez śródmieście podczas której rzecz jasna się gubię. Mijam po drodze hotel Europa który ma niezbyt przyjemną wojenną historię , oraz Grand Hotel. Ostatecznie grzęznę w dość szemranej okolicy gdzie Lublin obnaża nieco swą przypudrowaną twarz. Trzeba jednak uczciwie przyznać ,że takie miejsca można znaleźć w każdym większym mieście więc niezrażony idę dalej w kierunku Areny Lublin ( a jak kibolski aspekt wycieczki również musi być), chociaż przechodnie pytani o drogę stukają się w głowę słysząc, że chce mi się tam drałować w taką pogodę. Niestety ale mieli rację, bo choć stolica Lubelszczyzny nie jest wielką metropolią to jednak droga na stadion jest długa, a dziś dodatkowo błotnista. Do plusów należy możliwość zobaczenia po drodze innych obiektów sportowych czyli boiska Lublinianki, do którego powstania przyczynili się więźniowie z obozu w Majdanku, oraz zdezelowanego stadionu Motoru przy al. Zygmuntowskich. Po pół godzinnym marszu dochodzę wreszcie pod Arenę. Z zewnątrz wygląda nieźle, od środka nie wiem bo nie przyjął się tu jeszcze zwyczaj z innych polskich stadionów czyli wycieczek poza dniami meczowymi. W dni meczowe zresztą też mało kto tu bywa bo na co dzień swe spotkania rozgrywa tu Górnik Łęczna, którego kibice nie wykazują szczególnej euforii z faktu że panowie w białych kołnierzykach zabrali im ich klub z rodzinnego miasta i na siłę postanowili ich uszczęśliwić rozgrywaniem Ekstraklasy kilkadziesiąt kilometrów od domu. Ot polityka... Na ostatni punkt wycieczki zaplanowałem wizytę w Majdanku. Na samą myśl o wędrowaniu w błocie (wspominałem już że od rana leje?) pomiędzy obozowymi barakami dostaję dreszczy, ale cóż ... są miejsca których ominąć nie wypada. Na szczęście pod samą bramę zawozi mnie autobus. Na wejściu wita mnie monumentalny pomnik w sumie trudno powiedzieć co przedstawiający ale wrażenie robi. Sam obóz co zrozumiałe budzi dość mroczne skojarzenia, choć nie przytłacza tak ogromem jak jego odpowiednik w Birkenau. W niektórych barakach można zwiedzać ekspozycje fotograficzne, oraz instalację artystyczną której oceniać nie będę bo się na tym nie znam a jeszcze kogoś wrażliwego urażę. Powiem tylko tyle, że moim zdaniem takie miejsca powinno się zostawić same sobie, aby jak najbardziej zachować autentyczność, a jak najmniej uczynić z nich atrakcję turystyczną.Oprócz wizji artysty obejrzeć można też np. zrabowane więźniom buty. Swoją drogą w porównaniu do Oświęcimia zwiedzających jest jak na lekarstwo. Właściwie to poza jedną wycieczką zorganizowaną nie ma nikogo. Nic dziwnego, że trudno znaleźć drugiego idiotę który by się tu wybrał w takich warunkach
. Powoli zbliża się godzina mojego powrotu więc wsiadam w MPK i wracam do centrum. Szlajając się pod dworcem omijam slalomem handlujących lewymi fajkami byznesmenów i trafiam do baru Pośpiech. Okrutna speluna z popękaną zastawą, aluminiowymi sztućcami i usyfionymi obrusami. Kolejną atrakcją jest brak kibla. Brakuje tylko wódy na szklanki ale pewnie żal im jest pieniędzy na koncesje. Nie wiem czy ma to coś z masochizmu, ale uwielbiam takie miejsca. Zamawiam żurek i pierogi z mięsem które jak zwykle w takich melinach są bardzo dobre i syte. Uboższy o niecałe dwie dychy wychodzę najedzony i zadowolony. Na koniec zaliczam jeszcze pokaz MMA w dworcowej poczekalni w wykonaniu miejscowych meneli. Jeden z nich zalicza bolesne KO przy okazji farbując radośnie posadzkę. Widząc reakcję personelu ,a właściwie jej brak domyślam się że to normalka. Z zadumy nad ciężkim żulerskim losem wyrywa mnie komunikat o przyjeździe mojego autobusu. Ładuję się do środka i wreszcie mogę zacząć suszyć ciuchy. Winien czytelnikom jestem jeszcze odpowiedzi na postawione w tytule pytanie. A więc jak zwykle prawda leży po środku. Na pewno warto do Lublina przyjechać chociażby ze względu na stare miasto, które pewnie będzie coraz ładniejsze bo jest sukcesywnie odnawiane. Dużo robi się aby nieco negatywny stereotyp tych rejonów odwrócić. I zdecydowanie widać efekty w postaci porządnej komunikacji, niezłych dróg czy wspomnianych wcześniej kamieniczek. Żeby jednak nie było zbyt kolorowo to nie sposób nie zauważyć obszarów zaniedbanych, jak chociażby okolice dworca autobusowego które wołają o pomstę do nieba. Tak czy inaczej wyjazd uważam za udany i.....oby do następnego.
Wyruszam z Poznania w piątek o 20.30. Zachodzę na nasz marketodworzec i już na wstępie pierwsza niespodzianka. Zamiast spodziewanego czerwonego Van Hoola na stanowisko podjeżdża srebrna Setra. Okazuje się że Polski Bus podpisał porozumienie z firmą BP Tour i trasę do Lublina obsługuje flota tego właśnie przewoźnika. Jaka to różnica dla podróżnego ? Po pierwsze jest trochę więcej miejsca na nogi, chociaż umówmy się: jeśli ktoś ma 1,80 wzrostu to wystarczająco miejsca na nogi ma tylko we własnym wyrze , ewentualnie w pociągu pod warunkiem że nikt nie siedzi na przeciwko. W autokarach nie licząc wersji lux pod tym względem jest źle, albo bardzo źle. No więc w tym przypadku jest źle. Druga różnica niestety jest in minus. Otóż podróżując Polskim Busem jesteśmy przyzwyczajeni do przejazdów z punktu A do punktu B, ewentualnie z jednym lub dwoma przystankami. Bp Tour funkcjonuje jak zwykły PKS przez co zamiast korzystać z dobrodziejstwa autostrady, tłuczemy się po wertepach aby zahaczyć o Wrześnię , Turek , Uniejów itd.. Trzecia różnica to brak jednolitych standardów. W Polskim Busie wieczorem gasną światła głośniki poza postojami milczą , a większość pasażerów śpi. W BP sen jest prawie niemożliwy bo przez całą trasę świecą się lampy, a podróż umila nam muzyka zgodna z gustem kierowcy. W moim przypadku głównie Zenek Martyniuk i inne gwiazdy radia Vox. No nic... jedziemy....
Zajmuję miejsce za dwójką studentów z KUL - u którzy całą drogę rozprawiają o Bogu - spoko, przynajmniej ci mnie nie okradną jak się jakimś cudem zdrzemnę. Za mną rozsiadają się dwie paniusie ĄĘ oburzone repertuarem z wyjących głośników. Szczególnie nie podszedł jakiś hicior o cyckach. Ja rozkładam się na dwóch fotelach czym daję kolejny pretekst do zrzędzenia brygadzie AĘ, co rzecz jasna mam gdzieś.
Do Lublina docieramy za dziesięć piąta co jest porą bandycką. Zastanawiam się czym kierował się mistrz który układał rozkład jazdy. Gdybym przyjechał dwie godziny wcześniej można by jeszcze rozważyć hostel , dwie godziny później byłoby już jasno, a tak jest ciemno leje i jestem w dupie. Wychodzę z autobusu prosto do głębokiej kałuży i myślę co dalej. Szukam toalety która okazuje się być Toi Toiem z niespodzianką na klapie. Często podczas dyskusji o remoncie dworców padają argumenty że dworzec jest wizytówką miasta ponieważ turysta pierwsze wrażenie czerpie właśnie stąd. No więc ten autobusowy w Lublinie jest wizytówką ohydną bez dwóch zdań. Miałem zamiar koczować do rana w poczekalni, ale mam tego miejsca serdecznie dość więc ruszam przez zalane miasto w poszukiwaniu jakiejś miejscówki. Dochodzę do stacji Statoil przy ul. Lwowskiej , zamawiam kawę i starą kanapkę, odpalam neta i czekam na wschód słońca, a przy okazji układam ramowy plan wycieczki. Jasno robi się po 7 rano , większość miejsc jest jeszcze zamknięta więc szukam atrakcji na otwartym powietrzu pomimo wrednej pogody. Decyduję się zacząć od starego cmentarza żydowskiego. Droga nie jest długa, kierując się znakami i nawigacją dość szybko trafiam pod bramę i..... jedynie bramę mogę sobie obejrzeć bo na wejściu wita mnie wesoło dyndająca kłódeczka.
Dobra... rozumiem że w naszym kraju nie brakuje ludzi którzy miłośnikami żydów nie są , zdarzają się dewastacje itd.. Ale mówimy o miejscu które jest umieszczone w przewodnikach turystycznych, ma rangę zabytku i prowadzą tu oznaczone szlaki, a nie ma pół informacji że nie można na obiekt wejść. Słabe. Dobra... nie zrażam się i kieruję w stronę nowego cmentarza żydowskiego. Zachęcony krótkim spacerem w stronę starego decyduję się iść pieszo, jednak po przejściu kilkuset metrów jestem mokry jak ściera i wybieram autobus. Tutaj miła niespodzianka: bilet na komunikację miejską umożliwiający przejazd całej trasy kosztuje 3,20. W Poznaniu za taką kwotę mogę sobie 10 minut postać w korku i 500m. dalej wysiąść. Wysiadam pod cmentarzem, przechodzę przez bramę i zaczynam rozumieć dlaczego stary jest zamknięty na cztery spusty. Spodziewałem się miejsca pamięci , a teren jest zaniedbany, zaśmiecony, przez środek biegnie dróżka którą suną tabuny bab z siatami z pobliskiego marketu, a na pomniku siedzi okrakiem jakaś miejscowa eminencja i raczy się tanim winkiem.
Malowniczo. Pojawia się jeden z tych momentów, kiedy podczas podróży zadaję sobie pytanie "Na co mi to było ?". Jest sobota rano a ja zamiast wylegiwać się w łóżku z pilotem w ręku stoję po nieprzespanej nocy obłocony i oglądam jakąś zdewastowaną ruinę. Za chwilę z trudem przypominam sobie jednak że przecież to lubię :). Wracam po śladach do centrum. Wysiadam pod zamkiem ,mijam płaskorzeźbę na cześć żołnierzy ze zgrupowania "Zapory"
i ulicą Podzamcze wspinam się pod górę. Zamek nie jest duży, ale klimatyczny.
W środku są jakieś wystawy, ale mnie muzea pasjonują jak zeszłoroczny śnieg więc odpuszczam. Fajnie że bez kupowania biletu można wejść na dziedziniec i zobaczyć z zewnątrz basztę i kaplicę Trójcy świętej.
Tu już trzeba sięgną do kieszeni, ale w przypadku kaplicy warto wydać te 8 złociszy żeby obejrzeć polichromię. Pewnie jakiś artysta plastyk napisałby o niej coś więcej, mi się porostu podoba. Zamek ma dość mroczną historię o czym świadczą tablice pamiątkowe przy drzwiach wejściowych, a samym mieszkańcom bardziej niż ze sztuką ,kojarzy się on z miejscem kaźni służącym różnej maści bydlakom. Najpierw rosyjskim , potem gestapowskim , a na koniec ubeckim.
Opuszczam zamek i kieruję się przed siebie w stronę bramy Grodzkiej stanowiącej wrota do starego miasta.
Idę dalej mijając plac po Farze skąd można strzelić sobie selfi z panoramą miasta. Oczywiście jeśli się jest idiotą można też zlecieć przy okazji kilkadziesiąt metrów w dół. Ot selekcja naturalna.
Lubelska starówka nie jest wymuskana niczym muzealny marmur, ale ta pewna surowość nadaje jej autentyczności. Trudno tutaj znaleźć dwie takie same kamieniczki , fajne są wąskie uliczki odchodzące od rynku które budzą skojarzenia z ich włoskimi odpowiednikami(zaraz się tu zjawi jakiś historyk sztuki i zacznie udowadniać że to nie ten okres i blalala, ale mi się tak kojarzy i tyle:).
Zwiedzanie starówki kończę w kościele Dominikanów. Świątynia okazała chociaż wymagająca remontu. Podobne wrażenie zrobił na mnie w Wilnie kościół świętej Anny. Warto przy okazji pobytu zapalić świeczkę i wrzucić złotówę braciszkom na renowację bazyliki. Sfera sacrum na dzisiaj zaliczona , więc z czystym sumieniem mogę się udać na z góry upatrzone pozycje czyli piwko w browarze Grodzkim. Pyszny pszeniczniak zmusił mnie do kolejnego napełnienia pustej szklanki, ale przecież nigdzie się nie spieszę, a na dworze dalej leje. Mógłbym tu siedzieć pewnie do wieczora ale skoro tłukłem się tu 9 godzin to podobno nie wypada przesiedzieć całego dnia przy kuflu. Niechętnie opuszczam gościnny lokal. Wychodzę bramą krakowską
i krakowskim przedmieściem kieruję się na plac Litewski. Mój spacer kończy ustawiony w poprzek chodnika blaszany płot. Oczywiście nie sprawdziłem wcześniej że plac jest w remoncie więc funduję sobie dodatkową przechadzkę okrężna drogą przez śródmieście podczas której rzecz jasna się gubię. Mijam po drodze hotel Europa który ma niezbyt przyjemną wojenną historię , oraz Grand Hotel. Ostatecznie grzęznę w dość szemranej okolicy gdzie Lublin obnaża nieco swą przypudrowaną twarz. Trzeba jednak uczciwie przyznać ,że takie miejsca można znaleźć w każdym większym mieście więc niezrażony idę dalej w kierunku Areny Lublin ( a jak kibolski aspekt wycieczki również musi być), chociaż przechodnie pytani o drogę stukają się w głowę słysząc, że chce mi się tam drałować w taką pogodę. Niestety ale mieli rację, bo choć stolica Lubelszczyzny nie jest wielką metropolią to jednak droga na stadion jest długa, a dziś dodatkowo błotnista. Do plusów należy możliwość zobaczenia po drodze innych obiektów sportowych czyli boiska Lublinianki, do którego powstania przyczynili się więźniowie z obozu w Majdanku, oraz zdezelowanego stadionu Motoru przy al. Zygmuntowskich.
Po pół godzinnym marszu dochodzę wreszcie pod Arenę. Z zewnątrz wygląda nieźle, od środka nie wiem bo nie przyjął się tu jeszcze zwyczaj z innych polskich stadionów czyli wycieczek poza dniami meczowymi. W dni meczowe zresztą też mało kto tu bywa bo na co dzień swe spotkania rozgrywa tu Górnik Łęczna, którego kibice nie wykazują szczególnej euforii z faktu że panowie w białych kołnierzykach zabrali im ich klub z rodzinnego miasta i na siłę postanowili ich uszczęśliwić rozgrywaniem Ekstraklasy kilkadziesiąt kilometrów od domu. Ot polityka...
Na ostatni punkt wycieczki zaplanowałem wizytę w Majdanku. Na samą myśl o wędrowaniu w błocie (wspominałem już że od rana leje?) pomiędzy obozowymi barakami dostaję dreszczy, ale cóż ... są miejsca których ominąć nie wypada. Na szczęście pod samą bramę zawozi mnie autobus. Na wejściu wita mnie monumentalny pomnik w sumie trudno powiedzieć co przedstawiający ale wrażenie robi.
Sam obóz co zrozumiałe budzi dość mroczne skojarzenia, choć nie przytłacza tak ogromem jak jego odpowiednik w Birkenau.
W niektórych barakach można zwiedzać ekspozycje fotograficzne, oraz instalację artystyczną której oceniać nie będę bo się na tym nie znam a jeszcze kogoś wrażliwego urażę. Powiem tylko tyle, że moim zdaniem takie miejsca powinno się zostawić same sobie, aby jak najbardziej zachować autentyczność, a jak najmniej uczynić z nich atrakcję turystyczną.Oprócz wizji artysty obejrzeć można też np. zrabowane więźniom buty.
Swoją drogą w porównaniu do Oświęcimia zwiedzających jest jak na lekarstwo. Właściwie to poza jedną wycieczką zorganizowaną nie ma nikogo. Nic dziwnego, że trudno znaleźć drugiego idiotę który by się tu wybrał w takich warunkach
. Powoli zbliża się godzina mojego powrotu więc wsiadam w MPK i wracam do centrum. Szlajając się pod dworcem omijam slalomem handlujących lewymi fajkami byznesmenów i trafiam do baru Pośpiech. Okrutna speluna z popękaną zastawą, aluminiowymi sztućcami i usyfionymi obrusami. Kolejną atrakcją jest brak kibla. Brakuje tylko wódy na szklanki ale pewnie żal im jest pieniędzy na koncesje. Nie wiem czy ma to coś z masochizmu, ale uwielbiam takie miejsca. Zamawiam żurek i pierogi z mięsem które jak zwykle w takich melinach są bardzo dobre i syte. Uboższy o niecałe dwie dychy wychodzę najedzony i zadowolony. Na koniec zaliczam jeszcze pokaz MMA w dworcowej poczekalni w wykonaniu miejscowych meneli. Jeden z nich zalicza bolesne KO przy okazji farbując radośnie posadzkę. Widząc reakcję personelu ,a właściwie jej brak domyślam się że to normalka. Z zadumy nad ciężkim żulerskim losem wyrywa mnie komunikat o przyjeździe mojego autobusu. Ładuję się do środka i wreszcie mogę zacząć suszyć ciuchy. Winien czytelnikom jestem jeszcze odpowiedzi na postawione w tytule pytanie. A więc jak zwykle prawda leży po środku. Na pewno warto do Lublina przyjechać chociażby ze względu na stare miasto, które pewnie będzie coraz ładniejsze bo jest sukcesywnie odnawiane. Dużo robi się aby nieco negatywny stereotyp tych rejonów odwrócić. I zdecydowanie widać efekty w postaci porządnej komunikacji, niezłych dróg czy wspomnianych wcześniej kamieniczek. Żeby jednak nie było zbyt kolorowo to nie sposób nie zauważyć obszarów zaniedbanych, jak chociażby okolice dworca autobusowego które wołają o pomstę do nieba. Tak czy inaczej wyjazd uważam za udany i.....oby do następnego.
Tekst pochodzi z bloga http://smak-swiata.blogspot.com/